Rzucić studia i parzyć kawę.?

niedziela, lutego 12, 2017

  Gdy zaczęłam studia magisterskie, byłam dość przerażona jak to będzie. Zapisałam się na jedne zajęcia, żeby się wdrożyć i zobaczyć jak to będzie. Albo może jak bardzo nie będę rozumiała o czym oni mówią, co mam zrobić i czy już mam się chować pod stół. Okazało się, że na zajęcia, które się zapisałam, faktycznie było dużo do robienia, dużo czytania (na każde zajęcia co najmniej czterdziesto stronicowy rozdział, którego bynajmniej nie czytało się w pięć minut, raczej pięć dni..), projekt na prawie każde zajęcia plus jeszcze do tego 15 godzin praktyk w zerówce. Same praktyki byłyby na pewno dużo fajniejsze, gdyby nie fakt, że zerówka działa w godzinach mojej pracy, więc za każdym razem musiałam wielce ustalać kiedy tę godzinę czy dwie zrobię.. Na zajęciach byli bardzo różni ludzie: pani, która od 15 lat pracuje w bibliotece, dziewczyny, które uczą w szkole, koleś, który skończył literaturę po czym był w Afganistanie i po powrocie uznał, że chce być nauczycielem w podstawówce, Chinka, która studiuje prawo kryminalne, ale też chce uczyć o nim praz chłopak, który mówi o tym, że jako nauczyciele jesteśmy jak pień drzewa, fundament i to od nas zależy przyszłość (i mówi to w uniesieniu w momencie, gdy reszta myśli o tym, co będą mieli jutro na obiad. Nie powiem, bo mnie najbardziej odpowiadało że była ta dziewczyna z Chin i nie czułam się osamotniona w mojej kulturowej inności. Zresztą akurat na tych zajęciach dużo było o różnorodności wśród uczniów, dwujęzyczności, dyskryminacji itd. Zawsze było trochę śmiechu, ludzie się lubili i jakoś była taka zintegrowana ta grupa. Sam, ten chłopak od pnia drzewa, na ostatnich zajęciach zamówił pizzę i każdemu wręczył kartkę świąteczną z podziękowaniem za indywidualny wkład w zajęcia. I uwierzcie mi każdemu napisał coś innego. Ambicja!

  W tym semestrze, jako że semestr kończy się jeszcze przed planowanym porodem, postanowiłam zapisać się na TRZY zajęcia. Uznałam, że skoro tylko półtora miesiąca będę musiała to łączyć z pracą, to jakoś dam radę, a potem jak już będę w domu to na pewno uda mi się skończyć wszystko trochę wcześniej, w razie gdyby Kluska postanowiła wcześniej się pojawić na świecie. Wybrałam dwa zajęcia bardziej nauczycielskie/teoretyczne plus język migowy.
Po pierwszych zajęciach siedziałam w samochodzie i płakałam. Nie chciałam już na nie więcej iść i zaczęłam się zastanawiać czy można się jeszcze wypisać i dostać zwrot pieniędzy. Okazało się, że na tych zajęciach WSZYSTKIE dziewczyny są nauczycielkami, które uczą aktualnie w szkole, używają programów, o których ja nie mam zielonego pojęcia, zajmują się tym o czym ja sobie czytam w teorii i zasadniczo są jakieś 10 tysięcy kroków przede mną. A ja nie dość, że nie jestem nauczycielem w szkole podstawowej, to nie chcę nim być! Ale chcę wiedzieć to, czego uczą na tych zajęciach i wykorzystywać to w pracy z młodszymi dziećmi. Na dodatek, na poprzednich zajęciach (tak, uznałam że pójdę na następne, chociaż naprawdę miałam ogromne opory) cośtam sobie zapisywałam, a pani w tym czasie zapytała czy wiemy co to "dreidel". Ja machnęłam głową, że nie wiem, bo pytanie brzmiało tak, jakby nikt z nas teoretycznie tego wiedzieć nie powinien. Ale niestety okazało się inaczej. Więc pani podeszła do mnie, jako do jedynej, która nie wiedziała i użyła mnie jako przykładu nauki dziecka nowego pojęcia... no czułam się świetnie. Jeśli chcecie wiedzieć, czym jest to magiczne słowo, to jest to żydowska drewniana zabawka/kostka do gry. Dzieci kręcą i w zależności od znaku dostają określoną ilość monet (tych z czekoladą w środku). Wygrywa ten, kto zbierze więcej monet.
Proszę oto jak wygląda przedmiot mojego upokorzenia:


  Zajęcia numer dwa zostały odwołane przez pierwsze dwa tygodnie z powodu śnieżycy.

  Zajęcia numer trzy są zajęciami hybrydowymi, czyli część zajęć jest online, a część na kampusie. Właściwie to tylko dwa spotkania są tam, ale trwają po 6 godzin. Ja osobiście bym wolała, żeby wszystkie były tam, bo nie lubię tych zadań do robienia online, ponieważ prawie wszystko skupia się na jednym przekazie: czytaniu.. no ale niestety nie było wyboru, te zajęcia są tylko w takiej formie. Zajęcia były ciekawe. Oprócz... tego że wszystkie, znowu tylko dziewczyny, są nauczycielkami i uczą w szkole od kilku lat. Oprócz mnie. Więc jak rozmawiamy o tych programach i testach, które robią nauczyciele to ja sobie siedzę i umieram w środku, że nic nie mówię i nie mam ani jednego zdania do powiedzenia. Świetnie, świetnie. Bardzo sprzyja to budowaniu mojej pewności siebie.

  Wróćmy do zajęć numer dwa: migowy. zajęcia numer trzy się odbyły (zajęcia numer cztery zostały odwołane z powodu śnieżycy....!). Okazało się, że pani, która prowadzi zajęcia jest głuchoniema. Nie wiem jak Was, ale mnie to bardzo zaskoczyło i zbiło z tropu. Nie żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, wręcz uznałam, że to super ciekawe, ale okazało się, że o tyle o ile Pani komunikuje się z nami bardzo dobrze, tak my nie mamy jak się z nią komunikować oprócz w formie pisemnej. Plusem zajęć jest to, że są zróżnicowani ludzie, chłopak z Chin, pani w wieku 60 lat, około 40letnia mama chłopca z zespołem Downa, który komunikuje się w szkole poprzez język migowy, oraz to że zajęcia mają dość luźną formę. Nie ma tysiąca zadań czy czytania całej księgi. Żeby odrobić jedne zajęcia mieliśmy obejrzeć film dokumentalny o ludziach głuchoniemych (Zresztą bardzo ciekawy, polecam! Nazywa się "Through Deaf Eyes", trwa prawie 2 godziny, ale jest interesujący i nie ciągnie się jakoś bardzo.). Zajęcia są dość trudne fizycznie, bo trzeba się bardzo skupić, żeby zrozumieć co mówi nauczycielka, no i dodatkowo właśnie ten przekaz tylko w jeden sposób, poprzez mówienie.. Nie jest więc łatwo się skupić przez ponad dwie godziny i zapamiętywać to, o czym ona mówi.

Siedziałam cały weekend nad zadaniami na te wszystkie zajęcia. Nie, nie skończyłam. Chyba nigdy nie skończę, bo ledwo dobrnę do końca tych zadań to będą następne moduły do zrobienia. Czy czeka mnie  praca w Starbaku zatem? Kto wie...


Miłego tygodnia! My mamy mieć jeszcze dwie śnieżyce...Już się nie mogę doczekać.
Zostały mi dwa tygodnie pracy :o !


P.







Mogą Cię również zainteresować:

2 komentarzy

  1. Ja mam studia z PL i pracuje prawie w zawodzie :) maz pracuje w IT studiow nie skonczyl, i zarabia 4 razy wiecej ode mnie, wiec praca wcale nie zalezy tylko od studiow, ale i od doswiadczenia, szkolen, samorozwoju, ambicji, a czy zaczynasz w starbucks czy gdzie indziej nie ma znaczenia, zadna praca nie hanbi, akurat praca w Starbuck ma bardzo dobre benefity, gdzie inne firmy w tym czesto goverment zatrudniaja na 1/2 etaty, żeby tylko tych benefitow nie placic.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w żadnym razie nie pisałam tego jakoby w Starbuckie źle miało być. Ja od zawsze chciałam tam chociaż przez jakiś czas pracować, jako że ich kawę uwielbiam! <3

      Usuń

Szukaj na tym blogu

Subscribe