Uniwersytet życia

niedziela, października 09, 2016

Byliśmy dziś w Echo Lake State Park. Cudo!!! 







Ostatnio pisałam Wam o uczelni więc chciałam jeszcze wrócić do tego tematu.
Czy zajęcia na uczelni są trudniejsze od tych w Polsce? Są trochę inne. Czy łatwiej czy trudniej to ciężko powiedzieć.
1. Mam barierę językową. Mam i to bardzo dużą. W Polsce Pola nie boi się odzywać w towarzystwie. No chyba, że w obecności prawników. Ale oprócz tego Pola lubi mówić. W Ameryce, po powrocie z Polski, Jakub zapytał czy możemy mieć tutaj Polę z Polski. Ale tej Poli tutaj nie ma. Tutaj Pola jest najbardziej małomównym piątym kołem u wozu, które się nie odzywa, tylko patrzy na innych i stoi. Czasami trzyma w ręce szklankę.
Co zatem robi Pola na zajęciach, na których aktywność na zajęciach jest brana pod uwagę przy ocenie końcowej (i to bodajże aż 15% !!)? Poli pomaga to, że rozmawiamy o dwujęzyczności i dyskryminacji w szkołach ze względu na różnice takie jak pochodzenie, język czy orientacja seksualna. Więc Pola i jej łamany angielski się odzywa i opowiada, że w Polsce uniwersytety są za darmo, a liceum można sobie wybrać na podstawie wyniku na teście gimnazjalnym. Oraz, że tracking nie jest ukrywany, to właśnie dzięki jego użyciu można sobie wybrać lepsze liceum albo to dla uczniów niezainteresowanych nauką. Pola sobie świetnie radzi, pomimo tego że na pierwszych zajęciach prawie zmarła na zawał, gdy pani nauczycielka wybierała kolejne osoby do przeczytania CAŁEGO AKAPITU na głos. Ale na szczęście nie zmarła, bo pani jej nie wybrała (Chyba widziała jak ciężko oddycham!).
2. Na każde zajęcia jest do przeczytania rozdział  książki. Niby nie dużo, ale czasami się z tym męczę i męczę, bo jednak po angielsku trzeba się bardziej skupić niż na przykład czytając sobie książkę po polsku (na które ostatnio bardzo mi brakuje czasu..).
Co najdziwniejsze, to jest zawsze rozdział z tej samej książki. Zresztą książki, za którą trzeba było zapłacić 250$. Wyobrażacie sobie to? Książka za 1000 złotych. Zwykła książka do zajęć o edukacji w szkole. Dlaczego?
Monopol. Mogą narzucić cenę jaką chcą, bo każdy musi książkę mieć. Można mieć wersję komputerową, która jest trochę tańsza, ale ja nie umiem czytać na monitorze, bez podkreślaczy itd.
Jak rozmawiałam z P, mówił mi że gdy uczył w collegu, książki czasami kosztowały więcej niż zajęcia, czasami nawet kserował ćwiczenia, bo książka była tak droga, że chociaż w taki sposób chciał pomóc studentom.
Paranoja.
3.Zorganizowanie.
Na pierwszych zajęciach pani dała nam sylabus. Jest na nim wypisane dokładnie, który rozdział na kiedy, jakie zadanie na jaki dzień, która prezentacja jakiego dnia, kto z kim robi prezentacje i o czym. WOW. Dla mnie wielkie wow.

No i jeszcze coś. Najważniejszy punkt!
4. Zajęcia można sobie samemu wybrać.
Ale nie tak jak w Polsce fakultety, że są do wyboru, serwer nie działa, po minucie wszystkie najlepsze miejsca zajęte, a ty musisz iść na coś, co ani trochę cię nie interesuje, bo na coś trzeba się zapisać. Jak nie chcesz na coś iść, to nie idziesz! I wtedy tych zajęć nie otworzą, znaczy że coś jest z nimi nie tak. I za rok może tych zajęć w ogóle nie będzie, będzie coś ciekawszego.
Wiadomo, są zajęcia obowiązkowe, taka jakby baza zajęć podstawowych. Jest tych zajęć kilka, najczęściej na początku studiów. A później wybiera się zajęcia związane z zainteresowaniami. Nadal związane z kierunkiem studiów oczywiście, ale wybór jest duży i plan może być bardzo elastyczny. Możemy wybrać sobie jedne zajęcia, możemy wybrać cztery. Jak chcemy. A w zasadzie to jak dużo mamy czasu i pieniędzy, żeby za nie zapłacić.
W Polsce jest więcej zajęć, ale zwykle jedne zajęcia to 1,5 godziny. Moje jedne zajęcia trwają 2,5 godziny, do tego jest 15 godzin praktyk, czyli z tego już wychodzi 4,5 godzin tygodniowo. Plus rozdział, wszystkie zadania, projekty. Sporo czasu schodzi na zaledwie jedne zajęcia.

Miłej niedzieli!! 

Pola



Mogą Cię również zainteresować:

2 komentarzy

Szukaj na tym blogu

Subscribe