Tam tam taram..!

poniedziałek, sierpnia 15, 2016

Jeśli chcecie dowiedzieć się, czego zapomniałam wziąć na plażę, to jest właśnie post o tym!
Jeśli obchodzi was również czym zajmowała się moja mama podczas ceremonii, tez możecie zostać.

Najpierw opowiem wam o sukni.
Czy Wy też miałyście wymarzoną suknię już w głowie dawno przed tym jak trzeba było? Bo ja miałam. Gotowcem idealnym była Anna Kara.
Niestety, na Annę Karę trzeba się umówić na kilka przymiarek, co najmniej 6 miesięcy przed ślubem. Ja ani nie miałam sześciu miesięcy, ani nie mogłam pozwolić sobie na kilka przymiarek w Polsce.  Był płacz.
N zabrała mnie do dużego salonu sukien ślubnych z nadzieją, że tam coś znajdziemy. Pojechałyśmy w środę. Wybrałyśmy kilka sukien do przymierzenia i... wybrałam pierwszą, którą na siebie włożyłam. Ale żeby nie było idealnie, bo mi do ideału daleko, trzeba było zrobić kilka przeróbek. Przymiarkę miałam w sobotę, a  następną środę już była do odebrania. Później jeszcze miałam obcięty tren, bo powiedziałam, że sama go utnę nożyczkami, jeśli oni tego nie zrobią (a okazało się, że to jest zmiana designu sukni, więc tego nie mogą zrobić), ale udało się, suknię odebrałam tydzień przed ślubem.





Na początku miałam nie mieć welonu, ale ten mi się tak bardzo spodobał, że zmieniłam zdanie.
Miałam mieć też wianek biały, ale w ostatnim momencie zamówiłam jeszcze jeden (mam ich trzy!), więc moja siostra zdążyła go wziąć jeszcze z Polski i mi przywieść. Oprócz białych, miał też miętowe kwiatki.
W zasadzie wszystko robiłam/wybierałam sama. Kolory też. Garnitur J też. Ale wyszło wszystko tak jak chciałam. Lekko luźno, ale mimo to elegancko. Sama miałam granatowe buty, bo musiały pasować do garnituru <3 !

Postanowiliśmy, ze ślub chcielibyśmy mieć w Maine, na plaży. W zasadzie to ja postanowiłam, albo "zasugerowałam" i zostało tak zadecydowanie nie dlatego, że moim marzeniem był ślub na plaży, nie nie. I J tez o tym nie marzył- jak możecie się pewnie domyślić. Chociaż chętnie bym poznała mężczyznę, który chciałby mieć ślub na plaży. Ale żeby wszystko zdążyć przygotować, a do tego wpasować się w napięty grafik całego miliona osób, padło na 4 lipca.

Już wcześniej było zaplanowane, że na tydzień, razem z dziećmi jedziemy do domku na plaży. Jeszcze wcześniej, tak gdzieś w lutym, miała nawet tam przyjechać moja mama i siostra, które miały przyjechać na wakacje, ale później J i ja pojechaliśmy do Polski i one miały jednak przyjechać za rok. Na dwa tygodnie przed wakacjami okazało się, że jednak muszą przyjechać, bo przecież muszą przyjechać. No to przyjechały. Były w Bostonie w piątek, a do Maine jechaliśmy w sobotę.  Zdążyłam im pokazać aż nic w okolicy.

J pracował do niedzieli, przyjechał z Madziunią w niedzielę wieczorem, bo nie miałam zaufania, że się nie spóźni na  5 popołudniu następnego dnia.

W ogóle w domku były trzy sypialnie, z czego w mojej spał w huśtawce M, w drugiej sypialni mama i siostra, a w trzeciej hości z dwójką dzieci (a tak w zasadzie to JJ spał później na kanapie na dole, różne figle migle były, ale chodziło mi o to, że ja codziennie rano się budziłam, bo M się śmiał i wołał do mnie, że już przecież 6 rano, pora wstać. Musielibyście go zobaczyć jak się budzi. Chciałabym być tak szczęśliwa o 6 rano.). Więc przez pół dnia sobie robiłam różne rzeczy, poszłam na spacer z małymi, na plażę. O 12 pojechaliśmy odebrać tort, który w ostatnim momencie postanowiłam zamówić, bo mama powiedziała, że przecież nie będę piekła tortu na własny ślub! (Dla mnie to wcale nic takiego, tym bardziej, że ja bardzo lubię piec. Jedyne czego się obawiałam to tego, że będzie jakiś kiepski piekarnik, albo ze stresu coś mi się sknoci!). Pojechaliśmy na lody, kupić wino i wróciliśmy. (Wtedy też z Madzią obmyślałyśmy kiedy byłby najlepszy plan ucieczki.)  I dopiero wtedy zaczęliśmy się powoli szykować, każdy brał prysznic (a był tylko jeden!) i było trochę zamieszania, tym bardziej że Jakubek nie miał mnie widzieć, więc jak już poszłam na górę to nie mogłam nawigować co i jak.
O piątej wszyscy już prawie poszli, my jeszcze z mamą i Madzią próbowałyśmy ustalić jak stworzyć optymalne połączenie internetowe dla dodatkowych gości. Ah! I jeszcze próbowałam zamaskować wielką krechę na nosie, ponieważ trzy dni przed przypadkowo udrapnęłam sobie nos i zdarłam sobie skórę. (Ślad mam do dziś tak przy okazji..!)

O jeju. Jedliście kiedyś KarmeLove ptasie mleczko? Jest fantastyczne. Dobrze, że paczka jest podzielona na dwa mniejsze opakowania, bo inaczej bym zapewne zjadła cały kartonik. <ups>

Wspaniała dygresyjka. Sorki.
Wracając do tematu.
Cała ceremonia trwała pewnie z 10-15 minut. Ślubu udzielił nam Paul - tata Jakubka, mój host tata i teść. W zasadzie to wyszło to całkiem spontanicznie, bo jak rozmawialiśmy o tym i on zapytał, czy mamy już osobę, która nam udzieli ślubu, ja zapytałam czy on chce. I się zgodził! Papiery załatwił w dwa tygodnie. (W Mass jest takie prawo, ale zależy ono od stanu, że osoba świecka może udzielić ślubu konkretnej parze, w konkretnym dniu, jeśli złoży wniosek, poda wszystkie dane i zapłaci, bodajże 20$) Myślę, że z urzędnikiem byłoby o wiele więcej zachodu, a poza tym ja jestem o wiele pewniejsza przy ludziach, których znam, więc to też dało mi komfort. Tym bardziej, że zaprosiliśmy tylko kilka najbliższych osób: rodziców, moją siostrę, Madzię i Jasona, który był świadkiem J, z dziewczyną i dziećmi. Razem 10 dorosłych i 5 dzieci. Komfort. Co nie zmienia faktu, że decydując się na ślub na plaży mogłam pomyśleć, że będzie tam pełno ludzi. Nie, na to nie wpadłam.. 

Po ceremonii moja siostra zrobiła jeszcze zdjęcia, wlazłam w sukience do wody, jakaś dziewczynka podeszła do mnie, czy może mi zrobić zdjęcie. Zabawne było, że nie chciała zdjęcia ze mną, chciała tylko mnie mieć na tym zdjęciu, ha ha!
I jak już szliśmy do domu to Madzia powiedziała "zapomnieliśmy o kwiatach". Tak. Zapomnieliśmy o bukietach, butonierkach, kwiatach do postawienia na piasku. O  WSZYSTKICH kwiatach zapomnieliśmy. Każdy był czymś zajęty, ja pudrowaniem nosa, Jakub poprawianiem włosów, eM trzymaniem mnie za rękę, P pilnowaniem okularów przeciwsłonecznych i segregatora z treścią ceremonii, G (moja siostra) robieniem zdjęć, moja mama trzymaniem dwóch telefonów ze Skypem włączonym na żywo, a N i mama J pilnowaniem dzieci. No i wyszło jak wyszło. Udawajcie, że nie zauważyliście. Albo sobie wybraźcie bukiet z białych róż z miętową wstążką w mojej ręce. Rozwijajcie kreatywność!

Potem wreszcie było jedzenie, było przefantastyczne, wszystko zrobione przez P. A potem deser i wino. A na koniec poszliśmy jeszcze z J, eM i G do parku rozrywki. Największą atrakcją była karuzela i rumak! Śmiałyśmy się tam do rozpuku.



wybaczcie mu, że nie ma oczu!





czy zdjęcia pocałunków zawsze są dziwne?



o, JJ tutaj bardzo chciał bawić się akurat w piasku, a nie pozować!





czterech braci. kocham wszystkich.













jedno z moich ulubionych, przypadkowych ujęć podczas fajerwerków!







6 rano, poranek poślubny, mąż śpi, nie zauważył dziecka!

P.

Mogą Cię również zainteresować:

5 komentarzy

Szukaj na tym blogu

Subscribe