Zawiedziona ślubem!

środa, lipca 27, 2016

W ostatnim tygodniu napisałam najczarniejszego posta jakiego dotąd udało mi się stworzyć, ale jeszcze go zostawię, może uda mi się popracować nad jego kolorem i wtedy ujrzy światło dzienne.

Znowu miałam niedzielę z ładnym widokiem i książką. Tym razem siedziałam sobie na Cape Cod. Było pięknie chociaż mądra ja nie pomyślałam, żeby wziąć strój, więc teraz mam czerwone paski od spodenek i nadal biały brzuch! Ale i tak było kojąco. Downtown w Flamouth jest śliczne, troszkę jak w Portsmouth, NH, chociaż tego drugiego chyba nic nie przebije. Mogłabym zdecydowanie mieszkać w Porstmouth dla tego urokliwego centrum. Jakieś Nowe Jorki i inne takie Los Angelese się nie umywają.
Madzia pojechała do instytutu oceanograficznego, więc ja mogłam się trochę nacieszyć bryzą. Cape Cod to zdecydowanie najbardziej atrakcyjne miejsce w Massachusetts jeśli chodzi o miejsca wakacyjney,woda jest o wiele cieplejsza niż na północy i jest naprawdę pięknie. No ale zdarzają się też rekin.







Cztery dni po naszym ślubie byliśmy na ślubie znajomego J.
Zaproszenie, albo w zasadzie "save the date" (Bo w Stanach wysyła się czasami osobno najpierw "save the date" a potem już zaproszenie z konkretami.) dostaliśmy w styczniu. No, właściwie to J dostał. No i głupia ja, zgodziłam się, bo marzyło mi się iść na amerykański ślub. J był jednym z drużbów, mieli szaro-srebrne garnitury i fioletowe marynarki. Ja naprawdę nie lubię fioletowego, więc nie było mowy o pasującym stroju!
Wypożyczenie tego garnituru kosztowało ponad 200$. Uh. Na jedną noc? Nie dziękuję. (To mniej zapłaciliśmy za ubranie J na nasz ślub, a mamy je nadal i może ubrać jak jeszcze bęzie okazja.)
A druhny miały fioletowe sukienki i.....kowbojskie buty. Jakby mi ktoś kazał to założyć razem to bym powiedziała, że źle się czuję i lepiej jakbym została w domu.
Ceremonia ślubu była ładna, na dworze, tak tradycyjnie. No oprócz tych kowbojskich butów druhen (I panny młodej też!!).
Potem oni poszli robić zdjęcia, a ludzie jedli przekąski, pili drineczki i czekali. Oh co za koszmar! Ja siedziałam przy stole z ludźmi z wojska, także miałam NIC do powiedzenia. Nie było mojego J, nie mogłam pić drineczków, bo prowadziłam...było strasznie. Oni wrócili po ponad godzinie, była kolacja. O! tutaj świetna rzecz. Jak dojechaliśmy na miejsce, na dużym stole stały małe lampioniki z imionami oraz numerami stołów. Imiona były w różnych kolorach. Kolory oznaczały...rodzaj zamówionego dania na kolację! Cóż za fantastyczny pomysł. Nie było tysięcy różnych dań, z których i tak zawsze się przynajmniej połowa marnuje, każdy dostał talerz z daniem, jak w restauracji. Rodzaj dania zamawiało się, gdy dawało się odpowiedź czy się będzie, online, były trzy różne dania do wyboru. Według mnie naprawdę świetny pomysł!
Wiecie jak u nas, podczas pierwszego tańca, ludzie dołączają do pary młodej, tańczą, piją, jedzą, tańczą, piją, jedzą i tak w kółko? Tutaj tak nie było. Był pierwszy taniec. Jakąś godzinę później był taniec panny młodej z tatą. Potem nic, nic, nic. I dopiero ok 8 (czyli po trzech godzinach od rozpoczęcia!) ludzie zaczęli tańczyć. Albo w zasadzie to najpierw zaczęli od zabaw (tych super, ekstra, wcale nie durnych zabaw.). I była zabawa, gdzie wszystkie małżeństwa tańczyły na parkiecie. Oprócz tego, zasadniczo nie było tańczenia w parach! Naprawdę! Ludzie tańczyli przeważnie w grupkach, kilka par... Ale muzyka popowa wcale nie pomagała, bo niekoniecznie się nadawała do tańca we dwoje. Także to był mój wielki zawód. Mimo wszystko część taneczna to ta moja ulubiona na weselach...
Te piękne garnitury drużbów (200$ za noc!) miały takie klamerki przy spodniach, miały bowiem możliwość rozszerzenia (też w zasadzie nie wiem po co, bo nie było możliwości obżarstwa przy tej kolacji i kawałeczku tortu..którego nawet ja, człowiek słodycz, nie zjadłam, bo po jednym kęsie uznałam, że nie jest ani trochę dobry....). Jednemu chłopakowi klamerka się zepsuła (może jednak za dużo zjadł?) i spodnie mu spadały. Chyba bym się popłakała! Więc zszywałam mu te spodnie, na korytarzu, żeby chociaż trochę łatwiej mu się poruszało.
Oprócz tego, nie było za bardzo wieczoru kawalerskiego, jedynie co to wszyscy drużbowie i kilku jeszcze znajomych spotkali się dzień wcześniej w hotelu, mieli próbę i dowiadywali się co i jak, pojechali na kolację oraz do hotelu pić. Kto wymyślił by pić dzień przed weselem? Pozdrawiam...
Wszystko odbywało się godzinę drogi od nas, więc ja jechałam samochodem. Mogłam jechać też autobusem, który odjeżdżał spod hotelu, ale okazało się, że hotel jest 5 minut drogi od naszego domu.. Nie widzę sensu w hotelu dla gości tak daleko, naprawdę!?
No cóż. Nie była to impreza mojego życia. Następnym razem mam nadzieję będzie lepiej. Może nie będę już miała żadnych oczekiwań... Ale jeśli J będzie znowu drużbą, to na pewno nie idę, nie ma szans!

Całuski kochani!

P.








Mogą Cię również zainteresować:

1 komentarzy

  1. Nie pierwszy raz slysze o kowbojkach na slubie, nie nie i jeszcze raz nie !! moze do zdjec to w porzadku ale na dzien slubu to odpada :D

    OdpowiedzUsuń

Szukaj na tym blogu

Subscribe