Inglisz. TOEFL.

niedziela, grudnia 06, 2015

Jak Wam minął weekend?
 

 


TOEFL. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że mam to za sobą. Książka do egzaminu już mi ciążyła na półce koło łóżka.
Może ktoś z Was będzie kiedyś się zastanawiał czy zdawać ten egzamin, więc w skrócie o nim opowiem.

TOEFL (Test Of English as a Foreign Language) jest egzaminem międzynarodowym, nie ważne czy będziecie go zdawać w Stanach czy w Polsce wygląda on tak samo. Cena tego egzaminu to 190$ (sprawdziłam i w Polsce kosztuje 205$, a na przykład w Anglii 200$). Opłata pokrywa koszty egzaminu plus wysyłkę pocztową wyników. Na wyniki czeka się 10 dni.
Sam egzamin składa się z czterech części: czytania, słuchania, mówienia i pisania. Jest to trochę jak matura, ale wszystko jest na komputerze (co według mnie nie jest tak bardzo korzystne, szczególnie przy czytaniu, gdzie ja bym chciała sobie podkreślać i zaznaczać kolorami poszczególne słowa..). Mówienie również odbywa się przy stanowisku komputerowym (wygląda to trochę jak w call center albo jakichś korpo, bo ludzie siedzą przy boksach i nie widzą się nawzajem).
Przed egzaminem sprawdzają wszystko, paszport, kieszenie, nawet zegarek trzeba schować do szafki i każą machać w kieszeniach rękami, żeby sprawdzić czy nie macie tam żadnych ściąg ;-) Nie można mieć nawet długopisu ze sobą, oni dają kartki i ołówki (bardzo bardzo ostro naostrzone!).
Jeśli chodzi o sam test, uważam że najtrudniejsza jest część pierwsza, czytanie. Teksty czasami są bardzo trudne (choć nie zawsze) i trzeba się skupić przy czytaniu. Mnie okrutnie rozpraszało, że gdy już zaczęłam i miałam słuchawki na uszach (które miały pomóc w rozpraszaczach), co chwilę słyszałam jak pan wprowadza nową osobę do sali, pokazuje w którą stronę założyć słuchawki itd., a potem jeszcze jak każdy sprawdza czy mikrofon działa prawidłowo i gada... dopiero przy drugim, albo nawet trzecim tekście miałam faktycznie ciszę. Potem za to zaczęło się słuchanie, więc jak ja jeszcze czytałam to koleś za mną już słuchał i ja przez jego słuchawki i moje słyszałam dźwięki.
To się trochę poużalałam. Fakt jest taki, że ja nie umiem czytać nawet przy muzyce, rozprasza mnie to, więc jestem dość wymagająca. Uważam, że powinni zacząć od słuchania, bo wtedy każdy by słuchał poleceń, a nie rozpraszał się tym co ktoś szepcze w pokoju.
Część słuchania nie była zbyt trudna. Były chyba 4 czytania. Potem była przerwa dziesięciominutowa, sprawdzanie kieszeń i druga część, czyli mówienie i pisanie.
Mówienie nie było bardzo trudne, prawda jest taka, że kluczowe jest to, aby mówić i się za dużo nie zastanawiać. To jest jedynie 45 albo 60 sekund mówienia, więc tak naprawdę jak się kilka razy zatrzymacie to nagle pach! czasu nie ma.
No i ostatnia część czyli pisanie. Jedna wypowiedz na temat tekstu i słuchania (czasami mogą być trudne tematy, ale mój akurat nie był jakiś bardzo trudny) podczas której możecie patrzeć na ten tekst, więc ważne jest żeby mieć notatki z słuchania i to porównywać. No i ostatnie ostatnie: napisanie rozprawki. Naprawdę nietrudna sprawa, tym bardziej, że wymagane jest raptem 300 słów.
I już! Koniec. 3,5 godziny.

Ja uczyłam się z książki:


Wiem, że są jeszcze inne, nawet jak się rejestrujecie na termin egzaminu to proponują wam zakup jednej z książek. Nie wiem czy są lepsze czy gorsze. Ta uważam, że jest dobra. Mi bardzo pomogła i na pewno dzięki niej czułam się pewniej, bo znałam schematy pytań itd.

A tak się czułam po:



 W związku z tematem angielskiego, poruszę jeszcze jeden aspekt:
Ostatnio padło pytanie odnośnie nauki języka, tego jak się uczyłam przed iitd. Sama spotkałam się wiele razy z postami, notkami i komentarzami bardzo wielu osób, które uważały, że mają za słaby angielski, żeby wyjechać do Stanów. Na pewno nie jestem zupełnie obiektywna, bo wiadomo, że każdy jest już na jakimś poziomie angielskiego, gdy zaczyna myśleć o programie. Ja zdawałam maturę rozszerzoną z angielskiego. (I według mnie to jest na pewno wystarczający poziom!) Ale po maturze przez trzy lata studiów nie miałam praktycznie wcale styczności z angielskim. Tak, zastanawiałam się czy na pewno sobie poradzę, ale przyznam szczerze, że licencjat, praca i studia nie pozwoliły mi na doskonalenie języka przed wyjazdem, więc musiałam sobie poradzić z tym, co miałam.

Z nauką języka angielskiego w Polsce jest różnie. Albo może nawet praktycznie zawsze tak samo: ćwiczenia, czasy, gramatyka, słówka, ćwiczenia. Bla bla bla. Nie wiem nawet ile razy w życiu na moich lekcjach był temat "Present Simple", "Present Continous", "Present Simple vs. Present Continous". Wymiotować już tym można było, naprawdę! Nie wiem, może ktoś tego nie wiedział i trzeba było dla niego to po raz kolejny tłumaczyć, ale mnie to męczyło niesamowicie. (I tutaj taka tylko dygresja, uważam, że amerykański system szkolnictwa ma ogromny plus za to, że ludzie nie siedzą cały czas z tą samą klasą, tylko zależnie od poziomu chodzą na zajęcia z ludźmi z całego liceum. JEEEJ!) Ja osobiście naprawdę lubiłam gramatykę, jest dla mnie logiczna, a jako umysł matematyczny to jest to co uwielbiam! Ale prawda jest taka, że gramatyka za mnie zbyt wiele nie powie..

Skoro już dość oczywiste jest, że na lekcje angielskiego nie możemy za bardzo liczyć, musimy znaleźć inne sposoby! (Tutaj jeszcze mój ukłon dla nauczycieli angielskiego, którzy mówią na lekcjach tylko po angielsku, bo tacy mogą nas czegoś faktycznie nauczyć.) Co możemy sami zrobić?

1. Oglądać filmy.
No bo kto nie lubi oglądać filmów? Ale...oglądajcie bez napisów. Sama zawsze sobie wmawiałam, że włączę napisy, bo jeśli nie zrozumiem, to wtedy sobie przeczytam. Prawda jest taka, że czytamy cały czas. Jest to zupełnie naturalne. Nawet nie skupiając się na czytaniu widzimy polskie słowa patrząc na ekran.  Wiem, oglądanie bez napisów nie jest już takie przyjemne, trzeba się bardziej skupić i na pewno nie zrozumiemy wszystkiego. A już na pewno nie zrozumiemy, jak będzie jakiś żart albo slogan. Może zatem spróbujmy obejrzeć bez napisów, a za drugim razem włączyć napisy? Albo wyłączmy napisy chociaż na pół godziny filmu?

2. Czytać książki.
Szczerze: zanim tu przyjechałam nie przeczytałam ani jednej książki po angielsku. Męczyłam się okropnie za każdym razem, gdy zaczynałam. Tkwiłam na pierwszej stronie, bo co trzy słowa się zatrzymywałam i zaglądałam do słownika, bo nie wiedziałam, co jakieś słowo znaczy.... I na tej stronie się kończyło. Moja siostra pochłania książki po angielsku, zawsze jej tego zazdrościłam i nie mogłam dojść do tego, jak to możliwe, że ona to wszystko rozumie! Ale jak się czyta i czyta...to w końcu się to słowo zapamięta, albo wyciągnie z kontekstu i już się wie. Albo trudno, nie rozumiem, idę dalej. I chyba o to w tym chodzi.

3. Myśleć po angielsku.
Chodzi mi o to, aby najprostsze rzeczy jakie przychodzą nam do głowy zmieniły język. Po co? Bo jak tu przyjechałam to nie wiedziałam jak jest prostokąt i pięciokąt, jak jest koparka i zwierzątka na zabawce mojego dziecka. Na całe szczęście dużo zabawek edukacyjnych ma napisane na puzzlach co to za przedmiot, bo czasami czułam się jak głupek, gdy 2,5 letni chłopiec mnie pytał o słowo banalnie proste, a ja miałam pustkę w głowie. I to nie do końca moja wina, po prostu to są słówka z pierwszej klasy szkoły podstawowej. A potem nikt ich już nie powtarza. Idźcie na przykład rano do łazienki i pomyślcie "mirror", "sink", "rug". :)

Pamiętam, że kiedyś był taki portal, który codziennie wysyłał na maila jedno słówko. Chyba muszę tego poszukać. Jedno słówko dziennie, to chyba nie dużo, czyż nie?

Dobra...ostatni pomysł. Najważniejszy!
Szczerze, żałuję, że nigdy wcześniej nikt mi go nie zdradził. Dopiero jakieś 2 miesiące temu, albo nawet i miesiąc, moja koleżanka, która jest aupairką, a której angielski jest bardzo dobry, mi o tym powiedziała. Mianowicie... CZYTANIE NA GŁOS.
Co myślicie? Ale jak to? Na głos...? Eeeee... Ale co jak ktoś usłyszy? Nieeee. Bez sensu.
Już wam zatem mówię jak to jest!
Ja osobiście rozumiem bardzo dużo, wiadomo nie wszystko, ale w normalnych sytuacjach codziennych większość rozumiem. Moja host mama często opowiada mi jakieś historie, albo o czymś medycznym mi mówi itp. Rozumieć rozumiem, ale jakbym miała to powtórzyć sama...nie ma szans.
Gdy pierwszy raz zaczęłam czytać na głos, po dziesięciu minutach musiałam przestać. Dlaczego? Bo tak mnie bolała buzia! Dlaczego? Bo angielski jest językiem mówionym z przodu buzi(czy tam jamy ustnej), polski ma bardzo wiele dźwięków mówionych tylną częścią. A z tego wynika to, że my po prostu musimy ćwiczyć przód naszych jam. Nawet nie wiecie ile razy chciałam powiedzieć jakieś bardziej skomplikowane słowo, ale nie chciało się wypowiedzieć tak, jak powinno! Ale jeśli nie będziemy mówić tych słów, to się ich nie nauczymy! Dlatego właśnie z pomocą przychodzi nam czytanie, bo a. nie musimy myśleć co chcemy powiedzieć, b. nie musimy wymyślać słów, których chcemy się nauczyć, c. nie ma kto nas stresować, jak wtedy, gdy rozmawiamy z kimś.
Moja koleżanka, ta której angielski jest taki ładny, powiedziała mi, że codziennie wieczorem czyta na głos pół godziny. Sporo! Ale może by zacząć od 5 minut dziennie? albo 15 minut chociaż raz w tygodniu? Spróbujcie! I dajcie znać jak wam idzie:)

No i jeszcze ostatnia rzecz:
Prawda jest taka, że najlepszym sposobem, żeby się nauczyć, jest przyjechać tu i mówić, uczyć się, słuchać...także wszystkich zainteresowanych zapraszam!

Miłego tygodnia!
No i zapraszam do konkursu w poprzednim poście: tutaj!




Mogą Cię również zainteresować:

2 komentarzy

  1. Na jakim poziomie jest TOEFL? B2? C1? C2?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szczerze nie jestem pewna, ale znalazłam gdzieś że kiedy B2 a C1.

      Usuń

Szukaj na tym blogu

Subscribe