Do lakarza, marsz!

wtorek, listopada 24, 2015

Robiąc sobie przerwę od słuchania, czytania i ziewania od TOEFLa, napiszę Wam o tym, jak tutaj wygląda opieka medyczna, bo akurat dzisiaj byłam  na szczepieniu, więc mi się nasunął temat.
Wiadomo, nie wiem jakoś ogromnie dużo na ten temat, ale co nieco mogę powiedzieć, bo moja hm często mi o wszystkim mówi. Oczywiście co stan to inaczej, ale jednak opieka medyczna tutaj działa na innych warunkach niż w Polsce.

Po pierwsze tutaj każdy ma przydzielonego lekarza głównego. U nas też tak jest z tego co mi wiadomo, ale jak się chce to można lekarza zmienić, szczególnie jak się skończy 18 lat, albo na przykład idzie do lekarza prywatnie. I wtedy każdy sobie co tam chce powie, nie ma przepływu informacji między lekarzem a lekarzem. (I to jest tutaj bardziej istotne niż to, że ten lekarz jest stały.) Aby udać się do niektórych specjalistów potrzebne jest zatwierdzenie lekarza ogólnego. (U nas jest tak, że lekarz może wypisać skierowanie, ale jak się idzie prywatnie to raczej nikt tego nie potrzebuje.) Lekarz ten zazwyczaj was zna, ma wszystkie wasze dane i co najlepsze, jak idziecie do innego lekarza to on potem wysyła wyniki itd. do waszego lekarza ogólnego.

Nawet gdy wypisuje się jakieś papierki związane z ubezpieczeniem, podaje się także lekarza głównego/prowadzącego/jakkolwiek chcecie go sobie nazwać.
Jeśli chodzi o ubezpieczenie, to także wasz lekarz pomaga wam w przeforsowaniu pokrycia kosztów, w wypadku, gdy ubezpieczalnia powie, że nie ma zamiaru zapłacić. Lekarz może wtedy wysłać stosowne pismo i może, ale nie zawsze, ubezpieczalnia może zmienić zdanie.
Tutaj podam przykład badania, które miał robione M. - lekarz ogólny, oraz lekarz specjalista wysyłali pisma do ubezpieczalni trzy razy. I za trzecim razem zapłacili. Morał: czasami trzeba być upierdliwym. I żyć w zgodzie z lekarzem prowadzącym. ;-)

Kolejna rzecz, związana jest z płaceniem za wizyty. Nawet jeśli ma się ubezpieczenie, ono nie zawsze pokrywa koszty całości badań czy wizyt. Na przykład: mój host tata ma robione zastrzyki w kolana. Wykonanie zastrzyków jest pokrywane przez ubezpieczenie. Natomiast sam zastrzyk już nie. Czyli to znaczy, że mój host musi sam zapłacić za produkt, który "za darmo" wstrzyknie mu lekarz.

Inna opcja jest jeszcze, gdy lekarz określa cenę wizyty, na przykład 100$ za wizytę. A ubezpieczalnia pokrywa 65$. Zależnie od umowy między daną ubezpieczalnią a lekarzem, albo wy możecie być obciążeni resztą kosztów, albo nie. Jeśli nie płacicie dodatkowo, tak zwanych co-pay, to lekarz dostaje tyle, ile daje mu ubezpieczalnia. Ale gdyby wasze ubezpieczenie nie pokrywało tego typu świadczeń to musielibyście płacić 100$ za wizytę.

Wszystko jest bardzo mocno związane z rodzajem ubezpieczenia i wysokością stawki miesięcznej oczywiście.

Kolejna rzecz jest według mnie wprost wspaniała! Otóż, gdy idziecie do lekarza i dostajecie lek na receptę, wybieracie gdzie chcecie odebrać dany lek, jedziecie tam, a lek na was czeka. Jakim cudem? Lekarz podaje informacje do danej apteki z waszymi danymi! A jeśli na przykład dostajecie jakieś lekarstwo przez długi okres czasu, to nie musicie za każdym razem iść do lekarza po nową receptę. Wystarczy, że zadzwonicie i albo apteka skontaktuje się z lekarzem, czy może wam wydać kolejne pakowanie, albo lekarz skontaktuje się z apteką i ich poinformuje ile kolejnych opakowań możecie dostać bez dzwonienia. Czyż to nie fantastyczny pomysł??

No dobra, żeby nie było, że wszystko jest takie idealne. Nie jest. Na przykład nie można kupić sobie soczewek bez recepty. Już nie wspominając o tym, że na przykład moje soczewki, wyprodukowane w Stanach Zjednoczonych, są prawie dwa razy tańsze w Polsce. Także niech mi ktoś wytłumaczy jak to możliwe, że bardziej mi się opłacało kupić soczewki, które najpierw musiały zostać przetransportowane do Polski, a potem musiały wrócić do Stanów, żebym ja mogła je nosić. No jak?

Jeszcze jedna rzecz związana z różnicą między stanami. Czasami jest tak, że dany stan pokrywa koszty leczenia czegoś, na co drugi stan by się totalnie wypiął. Wtedy często są dołączone stosowne restrykcje, na przykład, że trzeba mieszkać w jakimś stanie co najmniej dwa lata, aby wniosek do ubezpieczalni został w ogóle rozpatrzony.

Tyle, wracam do TOEFLa.

Całuski!! :*:*

Chciałam was pomęczyć jeszcze nową płytą Adele, bo ja słucham w kółko, w piątek jak przyszła nawet dzieciom kazałam wieczorem słuchać.
Nie ma na youtube jeszcze tej, która mnie się najbardziej podoba ("Water under the bridge"), ale posłuchajcie innej:



Aha. Jeszcze chcecie bobaski zobaczyć?
Proszę!





Mogą Cię również zainteresować:

2 komentarzy

  1. Chorowanie w USA moze doprowadzic do bankructwa i wielu doprowadzilo, stawki na ubezpieczenie tez nie sa tanie, szczegolnie teraz kiedy jest obowiazkowe, malo tego z roku na rok rosnie moje wzroslo jakies 60$ miesiecznie i teraz place 350$ za sredniej polki ubezpieczenie gdzie i tak za wszystko musze placic do 10000$.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, może to być niesamowity wydatek! Dlatego chyba jak wszędzie są plusy i minusy tych różnic.

      Usuń

Szukaj na tym blogu

Subscribe